Reklama
  • Poniedziałek, 25 maja 2015 (11:05)

    Mamy czas... Rok macierzyński

364 dni. Tyle od niedawna możemy podarować swoim nowo narodzonym dzieciom. To dobrodziejstwo czy frustrujące wyzwanie? Pytamy o to mamy, które jako pierwsze mogły skorzystać z takiego rozwiązania. Julia przez cały macierzyński żyła w stresie, bo bała się stracić pracę. Edyta chciała być perfekcyjną mamą. Sonia postanowiła zapomnieć o firmie i celebrować nową rolę. Jaki rachunek wystawiło im życie?

Reklama

Edyta z Wrocławia, 31 lat, menedżerka w sieci drogerii, jej partner jest informatykiem.

– Idziesz na rok, na cały rok?! Ja zostaję z dzieckiem tylko przez kilka miesięcy, boję się wypaść z kursu – koleżanka z jogi dla przyszłych matek kręci głową. – Wiesz, ile to da dziecku? Więź, poczucie bezpieczeństwa, kapitał na całe życie, rozumiesz? – Edyta żegna się, pod salą czeka Daniel, jej mąż.

Razem pojadą do domu, tak bezpieczniej, poród tuż-tuż. O dwudziestej zaczynają się bóle. Ale spokojnie. Torba do szpitala spakowana, lodówka pełna. Edyta jest perfekcjonistką. Dlatego zdecydowała się na roczny urlop macierzyński. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby ktoś jej zarzucił, że nie dała dziecku z siebie wszystkiego.

Julia, 32 lata, warszawianka, jest asystentką w agencji reklamowej, mąż pracuje w policji.

Doniczka z fikusem po lewej, w środku kaktus, po prawej benjamin. Julia zapamiętuje ustawienie kwiatów na parapecie w biurze i prosi, by dziewczyna, która ją zastąpi, podlewała je regularnie. Ona kiwa głową z uśmiechem.

Julia odszyfrowuje ten uśmiech jako chytry. Nie, nie wolno tak myśleć, to fajna osoba bez złych intencji. Buch! – mocne kopnięcie od środka. Córeczka już prosi się na świat. Julia się żegna: – No to pa, wracam za rok! W głębi serca bardzo się boi.

Ale chce dać córce to, czego sama nie miała. Jej mama zajmowała się przede wszystkim pracą i zamiast „kocham cię” powtarzała „za słabo się starasz”.

Sonia, 29 lat, mieszka w Gorzowie, pracuje w biurze turystycznym, jej mąż jest instruktorem nauki jazdy.

– Gips trzeba rozpuścić w wodzie, wlać tu, a tu odcisnąć stópkę – tłumaczy ekspedientka w sklepie dla przyszłych mam. Sonia kupuje dwa zestawy. Pierwszy odcisk zrobi, kiedy dziecko się urodzi, drugi w pierwsze urodziny.

Przygotowała ubranka, kota oddała rodzicom. W ostatnim tygodniu pracy przynosi do biura tort makowy. Małe pożegnanie. „Przyślij MMS po porodzie i wracaj jak najszybciej”, słyszy. O nie, Sonia wróci na następną letnią kampanię. Na te wakacje, sylwestra w górach, narty klienci wybiorą się bez jej pomocy. Praca nie zając.

Edyta. Drugi miesiąc: duży procent zaufania

Franio ma takie ładne, zielone oczy. I kształtny nosek. Mały człowiek. Nie mogę się napatrzeć. Jeszcze niedawno miałam wątpliwości: może dziecko za wcześnie? Mam 31 lat, mogłabym zaczekać. Awansować, jak planowałam. Ostatnie dwa lata pracowałam po dziesięć godzin. Rozkręciłam sześć drogerii na Śląsku. Staż w Londynie, fachowe kursy, szef patrzył z uznaniem.

Ciąża w takiej chwili? Ale z drugiej strony – im dalej w las, tym byłoby trudniej. „Zaczekamy na panią” – to prezes. „Słowo?” – spojrzałam mu w oczy. „Słowo”. Nie uwierzyłam w stu procentach, bo jestem realistką. Dałam kredyt zaufania na osiemdziesiąt procent, bo znam swoją wartość i tego człowieka. Pracujemy razem sześć lat, jego żona chodzi ze mną na angielski, od niej wiem, że prezes bywa na wywiadówkach dzieci. Dobry znak, rodzina jest dla niego ważna.

Spróbuję skupić się tylko na synku. Wrzuciłam na FB kilka jego zdjęć. Odezwała się Aga, koleżanka z ogólniaka, prawie równolegle urodziła córeczkę. Na razie nie mam czasu odpisać. Aha, osiemdziesiąt procent to bardzo dużo. Jestem w miarę spokojna.

Czwarty miesiąc: tylko nie „mamuśka”!

„Lecę na koszykówkę, wracam o dziewiątej”, mówi mąż. OK, zrobię zapiekankę. Wcześniej często wychodziliśmy jeść na mieście. Z dzieckiem to trudne. Stawiam więc nosidełko na kuchennym blacie, kroję i ucieram, a w przerwach robię miny do Frania. „Gdzie jest mama? Tu jest!” – pierwszy śmiech na głos. Bezcenne. Trochę jestem teraz kurą domową, coś nowego.

Dzwoniła przyjaciółka, z jeszcze jedną koleżanką miałyśmy zastanowić się nad rozkręceniem sklepu w internecie – kosmetyki dla alergików. Ale to musi poczekać. Daniel wspomniał, że jego ojciec czuje się gorzej. Może mogłabym do niego wpaść, mam teraz czas. Wpaść? Niekoniecznie, od lat jesteśmy pokłóceni. Poszło o bzdurę, ale wojna trwa, oboje jesteśmy uparci. Kiedy synek śpi, też śpię. Regeneruję się. Chcę mieć energię. Postanowiłam nauczyć się wiązania chusty, żeby nosić w niej dziecko.

Daniel zobaczył nas zamotanych i zażartował: „No, teraz jesteś prawdziwa mamuśka”. Coś zakuło. Nie lubię słowa „mamuśka”. Jestem sobą. Nową sobą w roli matki. Czy Daniel to rozumie? Nie podoba mi się, że on wybiera się na wyjazd integracyjny. Ja tu przecież jestem i – przyznaję – czuję się zmęczona. Ale nie chcę, żeby myślał, że sobie nie radzę. Zepnę się, zapłacę rachunki, jak chciał – wiadomo, mam więcej czasu.

Ostatecznie na rachunki zarabia teraz głównie on, na macierzyńskim moje dochody są mniejsze. Jaki projekt robi teraz? Coś mówił o systemie dla mleczarni w Holandii. Właściwie czemu ja nie wiem takich rzeczy? Przyjaciółki miały wpaść pogadać – nie o biznesie, tylko o życiu. Ale jadą do spa. Chyba im przypomnę odcinki z Seksu w wielkim mieście. Solidarność, pogaduchy, chociaż obok drzemie maluch jednej z bohaterek. One piłyby margaritę, ja sok marchewkowy – czy nie mogłoby tak być?

Siódmy miesiąc: zaczynam tęsknić

Na moim urlopie mąż kwitnie. Ja nie. Czuję się mniej atrakcyjna przez to, że nie mogę mu zaimponować nowym sukcesem w pracy. Mniej rozmawiamy. Jego nudzi temat nieobowiązkowych szczepień, a kiedy pytam, co w firmie, uspokaja: „Normalnie, nie martw się”. A ja chciałabym się dowiedzieć, jak z tym projektem. Wreszcie mam czas nie tylko na swoje sprawy.

Zadzwoniłam do ojca Daniela, niech będzie. Ja opowiedziałam o Franiu, on o swojej chorobie wieńcowej. Może wpadnie. Ale nie teraz, muszę się z tą sytuacją oswoić. Pojednanie wymaga czasu. Mąż ma świetny humor, rozsyła uśmiechy wynagradzające moje wysiłki – trzeci spacer w ciągu dnia, zwycięski powrót z kontroli u lekarza, skuteczność sposobu na katar.

„Majeranek z miodem, świetnie to wymyśliłaś!” Nie ja, tylko Aga. Mailujemy coraz częściej, to ona rzuciła pomysł zjazdu klasowego. Organizacja potrwa, ale chyba mogłabym się zaangażować. Zupełnie zaniedbałam tamte kontakty. Pewnie bym ich nie odświeżyła, gdyby nie tak długi urlop. Choć przyznaję, pracy mi trochę brakuje. Bo ile można ulepszać skład zupy jarzynowej? Pierwszy ząb w piątym czy siódmym miesiącu? Co to za różnica? Grunt, że Franio jest zdrowy.

Uśmiecha się do mnie, wyciąga rączki po zabawkę, zarasta mu ciemiączko. Cieszę się, że mogę to wszystko widzieć. Ale jednak zadzwoniłam do firmy. Otworzyli sklep na Podlasiu. Postanowiłam uczyć się rosyjskiego, pewnie wkrótce „ruszymy na Wschód”. Internetowy biznes chyba muszę skreślić z listy planów. Koleżanki działają beze mnie. Nie fair, ale trudno.

Szukam miejsca na zjazd, znalazłam gospodarstwo agroturystyczne w Borach Tucholskich. Daniel zapracowany. Staram się nie wściekać, że nie ma go w domu, ma problemy. Na kolację robię mu ulubione racuchy. Pogadajmy – zachęcam. Nie o ekologicznych pampersach, o jego planach. Od dawna nie miałam tyle czasu na sprawy męża.

Dziesiąty miesiąc: wytrzymam!

Jestem wykończona. To znaczy – bywam. Oczywiście Franio jest super. Wcina zupki Gerbera i nie wypluwa. Uśmiecha się do mnie, do sąsiadki, telewizora. Czasami mu włączam kanał z bajkami, bo muszę odparować. Gdy wraca Daniel, szybko wyłączam. Dwa razy z tygodniu mówię mu: zastąp mnie, idę na rosyjski. Zdziwiony? No tak, ja też mam normalne życie, nie tylko śliniaczki i koci, koci łapci.

Jestem kobietą! Menedżerką. Przecież po to noszę po domu sukienkę w modne groszki, żebyś widział we mnie tamtą laskę, a nie producentkę domowych pierogów! Był teść. Nawet miłe dwie godziny. Znaleźliśmy z mężem turnus rehabilitacyjny w Inowrocławiu, zgodziłam się zawieźć tam jego ojca. A więc rozejm. Dobrze, że pochyliłam się nad tą sprawą. Za to koleżanki przestały dzwonić.

Przyjaźń nie wytrzymała próby czasu. Ich strata. Ja odbudowuję relacje z ludźmi z liceum. Aga będzie u mnie za tydzień, a wiosną zobaczymy się wszyscy. Okazało się, że zapalili się do mojego pomysłu spotkania po latach. Kto by pomyślał – ja, liderka wyścigu szczurów! Niezwykły rok. Franio już duży. Czasem śpi do siódmej. Wtedy siadam na balkonie, piję kawę, wącham powietrze.

Gorsze chwile to nic nieznaczące kryzysy. W sumie długi urlop macierzyński to błogosławieństwo... Cztery miesiące minęłyby momentalnie. Zresztą trzy miesiące szukałam niani, bez pośpiechu, bo miałam czas na „castingi”. Andżelika ma świetne podejście, będzie dobrze.

Trzeci miesiąc po urlopie: przecież byliśmy umówieni!

Nie-mo-żli-we! Chowam się w garderobie i płaczę. Wysyłam sms-y do znajomych: „szukam pracy!”. Muszę działać, to mój styl. Coś się dzieje – znajduję wyjście. Ale nie ucieknę od żalu, poczucia porażki. Zwolnili mnie. Jak to możliwe? Likwidacja stanowiska. Po urlopie przepracowałam trzy miesiące.

Niby wszystko było dobrze. Szef przywitał mnie bukietem tulipanów. Węgorzewo, Suwałki, Elbląg – tym mam się zająć, rozkręcić, przygotować. Jasne. Andżelika pierwszego dnia stawiła się w pracy z kompletem lego duplo. Daniel kupił bilety do Pragi, musimy uczcić wejście w nowy etap. A ja zostałam bezrobotna.

Ku..a mać! Zwolnili mnie. Nie wierzę. Przecież byłam dobrym pracownikiem. Przecież wszystko mieliśmy ugadane. Szef to kawał drania? Czym zapłacimy Andżelice? Daniel weźmie kolejne nadgodziny? A ja do jakiej pracy pójdę? Po co był mi urlop. Spokojnie... Policzę do stu. Musi być jakieś wyjście. Chce mi się wyć.

Edyta była bezrobotna przez dwa miesiące. W lutym tego roku znalazła pracę w hurtowni farmaceutycznej. Pensja niższa o 30 procent, ale i tak jest zadowolona. Nie zwolniła niani, płaciła jej z oszczędności. Do dziś jest rozbita psychicznie, myśli o terapii. Czuje się oszukana.

Julia. Drugi miesiąc: siostra zazdrości, teściowa chwali

Jesteśmy po pierwszym szczepieniu, waga 3800. Chodzimy z córeczką na spacery, byłam pod firmą. Kwiatki stoją w dobrej kolejności. Nie zajrzałam do biura, bo nie przygotowałam się, jak należy, na spacery wolę adidasy i dres. Kiedyś wpadnę. Umaluję się i ładnie ubiorę Kasię. Ciekawe, jak radzi sobie Ewelina?

Samochód szefowej zachlapany błotem. Dziś poniedziałek, więc w weekend była na Mazurach i nie zdążyła umyć. Czyli dużo roboty w firmie. Gdybym tam była, wysłałabym kierowcę do myjni i po sushi dla „załogi” na miły początek tygodnia. Kasia wymiotuje po jedzeniu. Myślę o mleku Pepti na noc, żeby spała spokojniej. Choć teściowa uważa, że powinnam karmić piersią co najmniej osiem miesięcy.

Chwali też, że zdecydowałam się na roczny urlop. Tylko zła matka nie wykorzystałaby takiej szansy. Nie chcę być zła. W parku widziałam dziś dziewczynę, która żegnała się z maluchem wyciągającym do niej ręce z wózka. Nie umiała się odkleić, ale chyba musiała biec do pracy, miała laptopa. Z wózkiem została opiekunka. Spojrzałam na śpiącą Kasię – nie mogłabym jej zostawić komuś obcemu. Córeczka na spacerze potrafi drzemać dwie godziny.

Biorę tablet, czytam fora dla mam. Na jednym trafiłam na wpis: masz rok urlopu, wykorzystaj go na zdobycie nowego zawodu. Kilka propozycji i adres firmy. Niegłupie. Ale na razie – Kasia, Kasia, Kasia. Siostra zazdrości: masz czas zauważyć wszystko, ja przegapiłam pierwsze „gu”, a pierwszy ząb znalazła niania.

Piąty miesiąc: jestem ważna?

„Daje radę. Przynosi szefowej kwas chlebowy własnej produkcji” – to Alicja, koleżanka z pracy o mojej zastępczyni. Kwas chlebowy też wymyśliła. Lizus. Zadzwoniłam do Alicji, żeby zapytać, czy było „jajeczko” w firmie. „Słuchaj, są dwa wielkie zlecenia, nikt nie miał do tego głowy, kocioł...” – trajkotała Alicja.

Ale w końcu było to jajeczko? Było. Nie zaprosili. Jestem zła. Warczę na męża. Rozbiłam w zlewie wazonik – specjalnie. Szkoda, był po babci. Pies charcze nieprzyjemnie. Mąż uważa, że to ja powinnam pojechać do lecznicy, mimo wszystko mam więcej luzu. A niby jak sobie poradzę z krzyczącym dzieckiem i wielkim psem w samochodzie? Kasia dostaje szału, gdy zapinam jej pasy.

Teściowa się dziwi, że do lekarza czy na zakupy nie chodzę piechotą. Sama wiem, że powinnam schudnąć. Zawsze miałam nadwagę, a teraz te kilka kilogramów po ciąży... Nie mogę się zebrać. A Ewelina jest ładna i zgrabna... Muszę się uspokoić. Zapisałam się na kurs szycia, na urodziny mąż kupi mi maszynę. Na zajęcia można zabrać dzieci, dwie mamy pilnują, sześć ma warsztaty.

Przynajmniej można się pośmiać, pogadać. Jedna z koleżanek namawia: „Idźcie z maluchami do zoo, urodziły się małe małpki”. Podobno obserwowała małpy w ciąży przez ostatnie tygodnie. Kiedy ja byłam ostatni raz w zoo? Kiedy miałam czas obserwować jakiś proces, który trwa miesiącami? Nie pamiętam. Kasia już siedzi. I mówi „ko-ko”. Do ojca, żeby było jasne.

Ja nie jestem atrakcyjna, mnie ma 24 godziny na dobę, jestem jak pogotowie. Czasem marzę o dwóch dniach samotności. Najlepiej nad morzem. Z psem coraz gorzej, ale uparłam się, że ma się nim zająć mąż. Wystarczy, że ja wzięłam na siebie wizytę u wulkanizatora, nigdy dotąd nie robiłam wymiany opon na letnie.

Dziewiąty miesiąc: pękam

Pamiętam scenę: rozsmarowuję twarde masło na chlebie, w kromce dziury na wylot. A mama krzyczy: „Nawet kanapki nie potrafisz zrobić! To będziesz głodna, ja nie mam czasu, lecę do pracy!”. Zazdrościłam koleżankom kanapek z wystającymi liśćmi sałaty. Mama poświęcała się biznesowi.

Już wtedy wiedziałam, że będę inna dla swoich dzieci. Teraz muszę myśleć o Kasi, jej podporządkować wszystko, taki rok nie zdarzy nam się już nigdy – mówię, szarpiąc troczki od czapki. Kasia ryczy. No i czego płaczesz, przecież widzisz, że supełek nie chce się rozwiązać! Mówię przez zęby, a gdy supeł puszcza, tulę Kasię i sama płaczę. Jestem niedobra, co dziecko winne, że kwiatki z mojego parapetu w biurze nagle zniknęły?!

Odkryłam to wczoraj po południu. Próbuję się nie przejmować. Małpki w zoo rosną – obserwujemy je co dwa tygodnie – Kasia się do nich śmieje. Mamy kontakt. Wiem, których moich perfum córeczka nie lubi, a ona chyba czuje, kiedy jestem bardzo zmęczona. Jakby na zamówienie zasypia albo bawi się cicho w kojcu. Wczoraj uszyłam jej piękną spódniczkę z tiulu, a za trzy miesiące będę umiała uszyć „dorosłą” sukienkę. Kasia raczkuje. Skupiam się na tym, bo mam wrażenie, że lewą nóżkę ciągnie za bardzo bokiem.

Mąż zły, że zapomniałam o podatku gruntowym, miałam też zamówić szafkę do łazienki. Ale przecież nie mogę robić w domu wszystkiego! Miewam podłe nastroje. A miał być taki dobry rok. Spokojny, pełen macierzyńskiej miłości. Tylko że boli odstawienie na boczny tor. Bo czemu nikt z pracy nie zadzwonił, że jest firmowy piknik? Czy ktoś rozumie, jak trudno wycofać się na ławkę rezerwowych? I gdzie jest moja mama, która powinna pomóc, bo przecież wie, co znaczy troszczyć się o pracę! Mamy nie ma, umarła na serce. Może za bardzo się szarpała...

Dwunasty miesiąc: wychodzi na plus

Jak to nie ma miejsca w żłobku?! Myślałam, że z tym nie będzie problemu. „Weź zaległy urlop wypoczynkowy, poszukaj opiekunki”, radzi siostra. Opiekunka? Tysiąc pięćset złotych, połowa mojej pensji. Ba! Czy pensja będzie taka, jak była? Czy będzie w ogóle? Poszłam do firmy. Kupiłam nową bluzkę i szpilki. Plus kapelusz. Czułam się jak wariatka. Przebrana z umazanego zupką i sokiem dresu. Ale wrażenie zrobiłam. „Pięknie wyglądasz.

Kiedy wracasz?” – to wydało mi się podstępne. Powinnam skrócić urlop, coś mi grozi, o czymś nie wiem? Ewelina była tego dnia w mini i zamszowych kozaczkach. Zapytałam, gdzie są moje kwiaty. „Zakładali klimatyzację, przestawiłam na chwilę tam – wskazała na szafę. – Postaw z powrotem” – powiedziałam może zbyt ostro. Przestawiła. Wyszłam zła, za rogiem się rozpłakałam.

Jeszcze miesiąc. Podobno w nocy zgrzytam zębami, mąż mówi, że stałam się nerwowa. Teściowa martwi się o dziecko: niezadowolona mama – niezadowolona córka. Ja jestem niezadowolona? Przecież staram się być dobrą mamą, dobrą żoną. Pojechałam wymienić opony na zimowe, sama, bez proszenia. Nauczyłam się kupować sezonowe owoce i warzywa, wiem, co i o jakiej porze roku ma najwięcej wartości odżywczych.

Poznałam z imienia większość sąsiadów. Wykorzystałam ten rok. Ktoś składa zażalenie? Ech, nie będę się denerwować. Może naprawdę włożę adidasy i pójdę pobiegać? Nie chcę, żeby macierzyński kojarzył mi się ze stresem. Przecież było wspaniale. Kasia miała mnie, a ja ją. Taki rok się zdarza raz.

W lutym Julia znowu usiadła przy swoim biurku. Szybko wciągnęła się do pracy, do Kasi wraca zadowolona. Biega regularnie, schudła cztery kilogramy.

Dorabia, szyjąc, ostatnio sprzedała komplet pokrowców na krzesła za 400 zł. Wynajęła nianię do spółki z sąsiadką, Kasia ma opiekę i towarzystwo. Mąż chciałby mieć drugie dziecko, Julia jest przeciwna. Jeśli tak się zdarzy, nie zdecyduje się na rok urlopu. Może tym razem tata?

Sonia. Drugi miesiąc: teraz my!

Musiałam mieć cesarkę, chociaż marzyłam, żeby urodzić siłami natury. Antek pierwszy trzymał nasze dziecko i zaraz rozesłał wszystkim zdjęcia. Basia ma długie czarne włoski i dołek w brodzie. Pachnie tak, jak opowiadały mi koleżanki – mieszanką mleka, oliwki i czegoś nieokreślonego, ciepłego, słodkiego. Boli mnie blizna, ale staram się o tym nie myśleć. Pływam w oceanie czasu domowego i dobrze mi z myślą, że drugiego brzegu nie widać.

Pracowałam do ostatniego dnia ciąży, a od czterech lat wolne miałam tylko niedziele. Wiem nareszcie, jak wygląda nasz listonosz. Trochę mnie męczą wizyty znajomych, ale cieszę się, że jest okazja, by wpadali. Dostałyśmy z Basią kilka ciuszków, leżaczek z pozytywką i kocyk. Mąż kupił mi w prezencie bransoletkę z zawieszką w kształcie serca. Nie noszę jej, bo mogłabym zgubić, ale powiesiłyśmy ją na słupku łóżka. My, czyli ja i Basia.

Przyjemność sprawia mi mówienie o nas w liczbie mnogiej. Jestem w lekkiej euforii. Natychmiast zrozumiałam, co oznacza pojęcie „miłość bezwarunkowa”. Czasem siadam przy łóżeczku na podłodze i gapię się na śpiącą Basię. Jeden minus – od noszenia małej boli mnie kręgosłup i noga. Mam na dwóch kręgach wyrostki, które urażają nerwy. Zaniedbałam. Teraz się to odzywa.

Czwarty miesiąc: prawo odpuszczenia

Gdy karmię albo prasuję, oglądam telewizję – teleturnieje, kanał National Geographic i reportaże w BBC. Wcześniej nie miałam okazji. Dziecko pochłania mój czas, ale przy podzielności uwagi można znaleźć miejsce na przyjemności. Mała ssie pierś, a ja trzymam nogi w wanience do hydromasażu.

Nie chodzę natomiast do fryzjera. Mogę robić tylko to, co nie wymaga „odklejenia” ode mnie Basi. Antek mówi: rano robicie „klik” i już jesteście nierozłączne. Czy mówi to z wyrzutem? Chyba nie. Zapisałam się do klubiku dla mam i maluchów. Jest kurs masażu niemowląt, relaks przy muzyce. Poznałam tam dziewczynę, która pisze pracę magisterską z psychologii małego dziecka. Dowiaduję się ciekawych rzeczy o rozwoju mózgu, może wprowadzę kilka stymulujących ćwiczeń, o których mi powiedziała.

Antek zapytał, czy może w tym czasie pochodzić na basen. Jasne. Szykujemy się do chrzcin. Mama zapytała, w co się ubiorę na tę okazję. To nic nie kupiłaś? – była zdziwiona. No nie. Twierdzi, że powinnam bardziej zająć się sobą. A może chciałabym trochę odpuścić, mieć więcej luzu i prawo do chodzenia w piżamie? Może mam urlop także od „spinki”, bo w biurze trzeba się prezentować tip-top, a na rodzinnym przyjęciu wyglądać jak milion dolarów?

No dobrze, pomaluję dziś paznokcie. Przecież się nie zaniedbuję. Przeciwnie – umówiłam się na konsultacje w sprawie kręgosłupa, za kilka dni jadę do kliniki w Bydgoszczy. Postanowiłam zająć się zdrowiem na serio. Czytam więcej, odkurzyłam książki psychologiczne, które zbieram od trzech lat. Myślę o warsztatach samorozwoju.

Chciałabym zająć się sobą bardziej. Przecież na to zasługuję. Antek mógłby pomagać mi częściej. Choć wiem, on teraz musi więcej pracować, bo ja dostaję tylko osiemdziesiąt procent pensji.

Ósmy miesiąc: jak nie teraz, to nigdy

Pada deszcz. Siedzę sama i patrzę, jak na tarasie moknie moje pranie. Nie wstaję. Basia drzemie. Nie, to nie depresja. To moje „morze martwe” – unoszę się na powierzchni wody i myślę o sobie. Kim jestem? Czego chcę? Czy podoba mi się moje życie? Byłam na warsztatach rozwoju osobowości pod Krakowem. Zapisałam się na następne. Dobrze mi to zrobiło, złapałam drugi oddech. Antek nie protestuje, a nawet patrzy przychylnie, choć wybywam z domu na kilka dni. No i zajmuje się Basią, kiedy ja walczę z kręgosłupem.

Biorę serię masaży, ćwiczę z instruktorem, ale może się okazać, że konieczna będzie operacja. Lekarz z Bydgoszczy obiecał pomóc, żebym zdążyła z zabiegiem przed końcem urlopu. Boję się, ale wiem, że jeśli nie teraz, to nigdy. Mama i tato obiecali pomóc, bywają u nas coraz częściej. Tato nie może uwierzyć, że w końcu mam czas, żeby usiąść z nim nad obróbką zdjęć z ich pielgrzymki do Fatimy.

Trochę się na tym znam, przyjemnie odnowić „nieużywaną” umiejętność. Koniec z rozmyślaniami. Wstanę i zrobię dobry obiad. Basia się kręci, chyba głodna. Jest trochę zakatarzona. Umiem rozpoznać, że to nic groźnego. Przez wspólne dwieście dni nauczyłam się wyłapywać sygnały. Na przykład szkliste oczy – będzie przeziębienie. Tarcie policzka – idzie ząbek.

Wiem, jaka muzyka podoba się Basi i na których plakatach w przedpokoju zatrzymuje wzrok. Tam stajemy, chwilkę się gapimy. Wieczorem w torbie męża z basenu szukam pęku kluczy. Reklamówka z kąpielówkami, wrzucę je do pralki. Suche? Jak to? Przecież Antek był na basenie! Tak powiedział. Nieprzyjemny dreszcz. Gdzie on był naprawdę?!

Dwunasty miesiąc: wracam z podróży

Trzeba tu rozluźnić, usunąć część rzeczy, nie uważasz? – mówi mój ojciec. Stary wózek mogłabym wystawić na Allegro. A kosz, w którym Basia spała jako niemowlak, może być na pranie. Faktycznie, trzeba tu przewietrzyć. Bo zaraz „koniec dobrego”. Szybko minął rok. Niedługo urodziny. Dzwonię do firmy. Tak, wracam za dwa tygodnie. Koleżanki mówią coś o nowym systemie obsługi klienta, przysłały link, żebym się zorientowała.

Wypadłam na dobre. Panika, ale też optymizm – jestem wypoczęta. Przewietrzyło mi się w głowie, mam pomysły. Kręgosłup dużo lepiej, lekarz zadowolony z rehabilitacji. Teraz fryzjer, sklepy – muszę kupić trochę nowych ciuchów. Wieczorem włączam stoper. Dwie godziny siedemnaście minut. Tyle zajęło mi opanowanie podstawowych funkcji systemu. Dam radę. Nowy niemiecki partner?

Kupuję w internecie kurs językowy za 129,90. Ogarnę. Pewnie Niemcy mówią po angielsku, ale miło będzie znać parę zwrotów. Chce mi się działać. Ale też bez przesady. Wiem już, co jest ważne. Mam superrodziców, dziecko, które właśnie nauczyło się chodzić i rozwaliło sobie nos.

Rwie się do biegania i wykrzykuje „hipi-hipi!”. Mam męża, który na naszej działce pod miastem zbudował piaskownicę i stojak na hamak. To tam jeździł zamiast na basen... Wracam z dalekiej podróży. Rok. Zdmuchuję świeczkę za Basię. Marzenie? Niech zostanie, jak jest. Szampan, pompowana trampolina w prezencie od dziadków, od drugich lala i pęk balonów. Brzęczy telefon. Esemes od sekretarki z biura: „Przyjdź kwadrans wcześniej, szef chce z tobą porozmawiać”.

Sonia wróciła do pracy w marcu. Poproszona o zjawienie się przed innymi szła z duszą na ramieniu. Może chodzić o zwolnienie. Była zbytnią optymistką? Szef poprosił, żeby usiadła.

Powiedział, że wcześniej miał w zespole trzy młode mamy. I były to najlepsze pracownice, z jakimi się spotkał. Życzy Soni wszystkiego najlepszego. A na biurku czeka na nią nowy tablet.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Więcej na temat:mamy | macierzyński | Mama | Mama | Mama | mama | Julia | julia | Julia | Julia | Nie | Sonia | sia\ | Daniel | Basia

Zobacz również

  • Aby mama dostała 1000 zł jednorazowej zapomogi (na zywanej becikowym) z tytułu urodzenia dziecka, musi przedstawiać zaświadczenie, że nie później niż od 10 tygodnia ciąży była pod opieką lekarską. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.