Reklama
  • Wtorek, 12 kwietnia 2016 (15:00)

    Na urlopie macierzyńskim. A co z pracą?

Urlop macierzyński, cały czas poświęcony dziecku, a potem obawa: jak wrócić do pracy, czy nadal jestem profesjonalistką? Eksperci mówią: macierzyństwo to też zysk w karierze! Bo wiele uczy. Dzięki dzieciom Ola jest lepszą szefową, a Kasia założyła firmę. Jak dostrzec zalety bycia mamą zawodowcem? Jak je wykorzystać?

Reklama

Patchworkowy dzień

Czego nauczyły mnie córki? Asertywności, organizowania czasu, wykonywania kilku zadań równocześnie. I dały mi motywację, żeby nigdy się nie poddawać – Kasia, 38 lat. Pokój nauczycielski. „Co, nie usiądziesz, nie napijesz się z nami kawy? Dzisiaj są imieniny Irenki! – mówi z wyrzutem Krystyna.

– Pani Ireno, wszystkiego najlepszego. Muszę uciekać. Dzieci!” – rzuca Kasia przepraszająco. I wie: one są z innego pokolenia, swoich jedynaków oddały do żłobków i zajmowały się pracą. Na nią patrzą z góry jak na kurę domową. Wszystkie trzy – Kasia, Krystyna i Irena – pracują w liceum dla dorosłych. Krysia uczy matematyki, Irena polskiego. A Kasia ma lektorat z angielskiego na pół etatu. Z całego musiała zrezygnować po urodzeniu pierwszej córki. Nie było innego wyjścia.

– Macierzyństwo nauczyło mnie, jak ustalić życiowe priorytety. Właściwie zmusiło do tego. Wcześniej, po studiach, miałam czas i na kawkę w pokoju nauczycielskim, i na imieniny koleżanek. I na 40 godzin spędzanych w szkole. Ale gdy na świat przyszła pierwsza córeczka, Florka, wszystko się zmieniło.

Do żłobka jej nie przyjęli. Moi rodzice mieszkają daleko, pod granicą białoruską. Mąż jest handlowcem, całymi dniami nie ma go w domu. Cóż innego mi pozostało? – pyta retorycznie Kasia. Zamieniła etat w gimnazjum na pół w liceum wieczorowym.

Zawsze może podrzucić dziewczynki do sąsiadki, mąż też stara się wracać do domu wcześniej. Pozostawał problem pieniędzy, bo i tych zrobiło się mniej w domowym budżecie. Żeby oszczędzić, Kasia zaczęła szyć dla najstarszej córeczki. Ze ścinków, starych spódnic.

Sukieneczki w kratkę, spódniczki podszyte tiulem szybko zachwyciły mamy z osiedlowego placu zabaw. Posypały się zamówienia. Potem Kasia odkryła, że w sklepach mało jest zabawek, które chciałaby dać Florce, więc sama szyła pocieszne króliki z kłapciatymi uszami, zezowate krowy, elfy z włosami z żółtej włóczki. I znów rynkowy sukces.

Krówkę chciała Marysia i Justynka z podwórka, o elfach nie mogła przestać marzyć Martyna z sąsiedniej klatki. „Kaśka, wstawiaj swoje zabawki na Allegro! Zobaczysz, jakie będą miały wzięcie!”, doradzały przyjaciółki.

I Kasia założyła firmę

Szyje ubrania dla dziewczynek, zabawki z gałganów i patchworkowe kołdry. Zarabia dodatkowe kilkaset złotych miesięcznie. Nie załatała w pełni dziury budżetowej, ale udało jej się podreperować finanse.

– Jako dziewczyna byłam mało asertywna, zdana na innych i ich opinie. Jako matka stałam się samodzielna. Umiem kombinować – opowiada z dumą Kasia. I śmieje się, że patchworkowa kołdra to dobra metafora jej dnia pracy.

Trzeba się świetnie zorganizować, żeby te dwa przedsiębiorstwa: „rodzina” i „praca”, sprawnie funkcjonowały. Multitasking? Jasne! Sprawdzanie klasówek, zabawa z córkami, robienie wykrojów, jednocześnie pranie, gotowanie – Kasia ma to w małym palcu. W obu „firmach” jest dyrektorem zarządzającym. Jest tak: rano śniadanie dla męża i dziewczynek.

Florka lubi jajecznicę mocno wysmażoną, Marta omlet z konfiturami, a Odetta w ogóle nie cierpi jajek.

Kasia negocjuje: zrobi jajecznicę bez soli, do której Marta doda sobie na talerzu dżemu („Że fuj? Dla dzieci nie ma nic fuj!”), Odetta zje jajecznicę z zamkniętymi oczami, w nagrodę jutro będzie dzień bez jajek. Potem tak samo trzeba negocjować z uczniami w szkole: bo jedni chcieliby tłumaczyć teksty piosenek, inni w ogóle nie są zainteresowani nauką i najchętniej słaliby sms-y do dziewczyn.

Kasia nie boi się swoich uczniów, nieraz chłopów jak dęby. „Sławek, jeśli nie jesteś zainteresowany, możesz wyjść. Ale nie klikaj mi tu telefonem, to mnie dekoncentruje!” – upomina władczym tonem. „Przepraszam, psorko...” – kuli się w ławce Sławek i wyłącza komórkę. I pomyśleć, że kiedyś nie umiała się odezwać stanowczo do 12-latków.

Dziś jest już zaprawiona w bojach z trzema niesfornymi istotami, z których każda chce czegoś innego. Swoim uczniom Kasia przynosi Grę o tron w oryginalnej wersji językowej, puszcza na laptopie (szkoła nie ma tak nowoczesnych sprzętów) i razem tłumaczą. Hitowe seriale HBO interesują wszystkich i są nawet ciekawsze od sms-ów.

Dla Sławka też! Choć dyrektorowi Kasia się nie przyznaje, czemu zawdzięcza wysoką frekwencję na zajęciach. Po śniadaniu mąż wiezie Florkę i Martę do przedszkola, a Kasia zostaje z najmłodszą Odettą, dla której nie znalazło się miejsce w przedszkolu. Żeby ją zająć, Kasia prosi, by mała ponawijała włóczkę na motki.

„To odpowiedzialne zadanie, poradzisz sobie? Nie powierzyłabym tego Florce ani Marcie” – kusi Kasia. Za chwilę Odetta pracuje w pocie czoła, z wysuniętym językiem dla większej koncentracji. A Kasia ma chwilę, by wykroić ze starej kamizelki kwadraty niebieskiego materiału w róże na kołdrę Podniebna grządka.

Wszystkie kołdry mają swoje nazwy, jak obrazy. Ich wymyślanie to zadanie córek. Kasia lubi je angażować. Bo dzięki temu czymś się zajmą i od małego będą się przyzwyczajały do obowiązków. A Kasia może czerpać z ich dziecięcej, niczym nieskrępowanej kreatywności. – To jest zysk z macierzyństwa, który też przekłada się na sukces mojej firmy ubranek i zabawek. Taki zastrzyk pomysłowości. Dostajesz nagle klucz do osobnych światów, w których wszystko jest możliwe.

Bo dzieci nie są niczym zniewolone, nie ma dla nich tabu. Czemu na świecie nie miałoby być elfów? A czemu nie można uszyć zwierzątka, które byłoby skrzyżowaniem królika, krowy i elfa? Takie zwierzaki cudaki najlepiej schodzą w necie – zapewnia Kasia. Uważa, że macierzyństwo przyczyniło się do jej rozwoju zawodowego. Nauczyło kreatywności, umiejętności ustalania priorytetów, organizowania czasu, asertywności, sztuki prowadzenia negocjacji.

– Często słyszę narzekania znajomych matek, że posiadanie dziecka przeszkadza, że to dziura w karierze, że potem nie można wrócić. Nigdy tak na to nie patrzyłam, może dlatego, że w ogóle staram się widzieć szklankę do połowy pełną? Niezależnie od sytuacji. Pewnie, że nie ma powrotu do tego, co było przed ciążą, nieraz trzeba życie przeorganizować. Mnie też to dotknęło, z początku nie było łatwo.

Długo by opowiadać. Ale warto się przyjrzeć, co zyskałyśmy jako matki, także zawodowo. No bo o zyskach w życiu osobistym to chyba przekonywać nie muszę! – śmieje się Kasia.

Późno! Czas odebrać Florkę i Martę z przedszkola, podrzucić do sąsiadki (potem przejmie je mąż). I „patchworkowej kołdry” ciąg dalszy: trzy godziny zajęć w liceum, powrót do domu, kolacja.

Żeby zachęcić córki do jedzenia warzyw, Kasia robi im na talerzach „ogródki”: z drzewami z pokrojonej w słupki marchewki i rzodkiewek zakorzenionych w twarożku ze szczypiorkiem, z lasem z sałaty i jarmużu, polem z kanapki z żółtym serem, domkami z pomidorów koktajlowych (strzechy robi się z masła).

„Że też ci się chce po całym dniu”, prycha mąż. A Kasi się chce. W pracy, w życiu. Chyba dzięki córkom. I czasem tylko żal, że mama zawodowiec nie ma ani chwili na lenistwo. Może i na to przyjdzie jeszcze kiedyś czas? Kasia nie traci nadziei.

Sztuka żonglerki

Czego nauczyli mnie synowie? Sztuki ustalania priorytetów, empatii, komunikowania się z trudnymi ludźmi, negocjowania, cierpliwości. Dzięki nim jestem lepszą szefową – Ola, 43 lata.

Ola się spieszy. Biegnie biurowym korytarzem. Nie może się spóźnić: prowadzi szkolenie dla klientów. Wypada zza zakrętu i staje na widok grupki osób czekających na nią od kilku minut. „Partnerzy? To jakieś szczawiki!”, przemyka jej przez głowę. „Ważni klienci” wyglądają na niewiele starszych od jej syna.

Ola od razu robi przemeblowanie w głowie: wyrzuca cały wstęp do szkolenia, sadza uczestników przy tabletach. Nie przy komputerach: ci młodzi uważają klawiaturę za relikt. Nie cierpią myszek, klawiszy, tego, co oddziela ich od dotykowego ekranu. Młodzi „partnerzy” byli zachwyceni. P

rzesłali nawet podziękowania szefowi Oli: podobno nigdy nie spotkali się z osobą „z jej generacji”, która tak rozumiałaby potrzeby pokolenia właśnie wchodzącego na rynek pracy.

Dla niej to pestka. Maciek i Franek świata nie widzą poza najnowszymi technologiami. Matka ciągle się więc szkoli, dokształca, interesuje nowinkami. Przychodzi do domu i rzuca do syna grającego na telefonie: „A wiesz, że wchodzi za miesiąc nowy model? Siódemka”.

Ola jest informatykiem, od kilku lat w dziale szkoleń koncernu produkującego komputery. Kocha swoją pracę. Także dlatego, że może wykonywać część obowiązków w domu, co ułatwia opiekę nad chłopcami. A nie zawsze tak było.

Ola 17 lat temu: dostaje awans, zostaje szefową zespołu informatyków w banku. Najmłodsza dyrektor w firmie! Wróżą jej wielką przyszłość. Robi jedne studia, drugie z zarządzania. Połowa jej zespołu to kobiety.

Co chwila któraś zachodzi w ciążę

Olę to oburza: jak można tak lekceważyć swoje zadania! Podejmie się taka dokończenia projektu, a potem znika na pół roku. Dziecko to przeszkoda w karierze, Ola jest tego pewna. Największy kłopot ma z Anią. Samotna matka wychowująca chorego na astmę synka, ciągle na zwolnieniach lekarskich.

Ola coraz częściej robi Ani przytyki. W końcu pod jej naciskiem Anka dostaje wypowiedzenie. Przy rozmowach kwalifikacyjnych Ola pyta kandydatki, czy planują powiększenie rodziny. I stawia na tę, która mówi: „Dziecko przeszkadza w karierze”.

Dwa lata później to Olę zwalniają. A właśnie wychodzi za mąż, planuje ciążę. Pracodawcy nie jest to na rękę. „Jedna z kluczowych wartości w naszej firmie to zaangażowanie. A ty nie jesteś w pełni zaangażowana”, szef rozkłada bezradnie ręce.

Chodzi o to, że Ola nie chce już siedzieć w biurze do 22. Z początku jest załamana. Siedzi w domu, na zasiłku i zastanawia się, co właściwie jest dla niej najważniejsze „Gdzieś mam takie zaangażowanie i oddanie korporacji. Bo to jest miłość bez wzajemności”, dochodzi w końcu do wniosku. Pół roku później dostaje nową pracę, nie na tak eksponowanym stanowisku, z niższą płacą. Sprzedaje samochód, kupuje bilet miejski. Nie szkodzi.

W jej obecnej firmie liczy się zachowanie równowagi między życiem zawodowym a osobistym. Jak się okazuje, przynosi ono koncernowi zyski. Bo zadowoleni z rodzin, czasu wolnego i pasji pracownicy są twórczy, zrównoważeni emocjonalnie, cenią swoje posady – czują się szanowani przez pracodawcę. I można na nich liczyć: nie ma półrocznych zwolnień na „syndrom wypalenia zawodowego”. Szczęśliwi ludzie to zarobek dla koncernu.

– Dzisiaj sama mam dzieci i widzę, jak bardzo się myliłam. Macierzyństwo uczy kobietę mnóstwa nowych kompetencji, które się przydają w pracy – deklaruje Ola. Przykład? Dla informatyka brak kontaktu z nowinkami technicznymi, z młodzieżą to śmierć zawodowa. W tej branży ciągle coś się dzieje i prym wiodą młodzi. O dobrych dwadzieścia lat młodsi od Oli.

Dzięki synom ciągle jest na bieżąco. Umie znaleźć wspólny język z programistami, którzy są na pierwszym, drugim roku studiów. Rozumie ich i łatwiej jej z ich wsparciem technicznym układać programy szkoleń dla starszych pracowników.

Druga sprawa: cierpliwość, empatia, chęć spojrzenia na sporną kwestię z perspektywy drugiego człowieka. – Dopiero synowie nauczyli mnie, że każdy człowiek jest inny i jego racje mogą być dla nas czasem trudne do pojęcia. Dzieci są czasami jak kosmici: kompletnie nie wiemy, co myślą. Kiedy Maciek był mały, zamarzyło mu się latem pojeździć na koniu. Tłukliśmy się 80 kilometrów do stadniny, a syn nawet nie chciał wsiąść na kucyka!

Pamiętam, jaka byłam wściekła. Ale jeśli twoje dziecko zachowuje się dziwnie, irytująco, starasz się zrozumieć jego motywację. Powściągasz gniew. Rozmawiasz, dociekasz, w czym rzecz.

Maciek, gdy zobaczył konia, przestraszył się, że... jest taki wąski. I że się razem z nim przewróci, jakby był z papieru. Po powrocie do pensjonatu lepiliśmy koniki z modeliny, sprawdzaliśmy: czy konik na dwóch nogach jest stabilny? A na trzech? Na czterech? Ten eksperyment przekonał Maćka i pod koniec urlopu już kłusował na kucyku – wspomina Ola. Była wtedy bardzo dumna: udało jej się rozgryźć, co siedzi w głowie pięciolatka.

Jak się okazuje, ten trening przydaje się też, by rozgryźć, co siedzi w głowie pięćdziesięciolatka. Współpracownicy, klienci też są czasem „jak kosmici”. Niezrozumiali. Zwłaszcza jeśli pochodzą z innego kraju i kultury.

Na przykład Talvin z Indii. Już po kilku miesiącach pracy nad wspólną prezentacją dla dyrektora Ola zrozumiała, że nie ma sensu pytać Talvina: „Zrobisz to na jutro?”. Potwierdzi. Został tak wychowany, że dla niego ważniejsze jest, by być dla drugiego człowieka uprzejmym, niż szczerze odmówić, jeśli zadanie jest niewykonalne.

Teraz Ola pyta: „Kiedy możesz mi to przysłać?”. I nie denerwuje się, jeśli Talvin podaje termin odległy. Negocjują. Z sukcesem. Bo Oli nic nie wyprowadza z równowagi, nie krzyczy: „To nienormalne, skandal!”, co zdarza się jej kolegom. – Rzecz w tym, by lubić ludzi. A często po drugiej stronie stołu siada arogancki typ. Jak zobaczyć w nim istotę ludzką, a nie kogoś, kto cię wkurza i przeszkadza w realizacji planów? Mam swój sposób. Pytam o dzieci – uśmiecha się Ola. Niedawno musiała prowadzić rozmowy z Piotrem. Niekontaktowy, roszczeniowy, ale jednak prezes dużej firmy, szefowi Oli zależało na tym, by zdobyć kontrakt na szkolenia i w przyszłości dostawę sprzętu.

Kiedyś podczas spotkania Ola kątem oka zobaczyła zdjęcie małego chłopczyka majaczące w tle. „To twój syn?”, zapytała. I Piotr nagle się rozgadał. Okazało się, że Jasiek jest w wieku Franka. I tak jak on kocha klocki Lego, serie z pojazdami kosmicznymi. Teraz każdą rozmowę z Piotrkiem Ola zaczyna od newsa ze świata klocków Lego. I nie ma już nieporozumień.

– Psychologowie mówią na to: budowanie mostów. Nawet z największym wrogiem coś cię łączy. Znajdź podobieństwa, a zobaczysz w nim człowieka. I on w tobie. To pomoże wam przełamać impas – mówi Ola. O, telefon. Ola musi odebrać. Dzwoni Lenka, jedna z jej podwładnych. „Tomek znów chory? Lenka, bierz wolne do końca tygodnia. Prezentację ja przygotuję. Ty weźmiesz za mnie konferencję w ferie? Kochana jesteś, dzięki” – mówi Ola do słuchawki.

Po wielu latach znów współpracuje z samotną matką z chorującym na astmę dzieckiem. I nie zamierza z niej rezygnować. Lenka jest świetna, trzeba tylko stworzyć jej dobre warunki. Dziewczyny wzajemnie odciążają się w obowiązkach, gdy trzeba.

Wspierają. Obie są mamami, obie rozumieją, że są rzeczy ważniejsze od pracy. – Dziś jestem lepszą szefową dzięki moim synom – deklaruje Ola. Czas kończyć rozmowę. Ola musi jeszcze zrobić prezentację Lenki, ale w zamian za to całe ferie spędzi z synami w górach, a na konferencję pojedzie jej podwładna. Matki muszą być solidarne.

Jagna Kaczanowska, psycholog

Rozwijaj się z dzieckiem

Macierzyństwo to przyspieszony kurs umiejętności społecznych. Za warsztaty „miękkich kompetencji”: empatii, negocjacji, nastawienia na drugiego człowieka, trzeba słono płacić. A matka uczy się tego wszystkiego za darmo. Warto skorzystać – mówi Aneta Chybicka, psycholog i trenerka rozwoju zawodowego.

Twój Styl: Matka jest lepszym pracownikiem?

Aneta Chybicka: Niekoniecznie lepszym od bez dzietnej singielki. Ale na pewno jest innym człowiekiem niż przed urodzeniem dziecka. Bo macierzyństwo jest ogromnym krokiem naprzód w rozwoju osobistym. I zawodowym.

TS: Na czym polega ten rozwój?

AC: Urodzenie dziecka podwyższa poziom naszej inteligencji społecznej, emocjonalnej. Ona jest kluczem do sukcesu. Mamy zdobywają mnóstwo umiejętności, głównie miękkich kompetencji, które są w biznesie szalenie przydatne.

TS: Na przykład?

AC: Nastawienie na innych. Ciąża to proces biologiczny, nie jesteśmy w stanie nad nią panować. Stajemy się domem dla drugiego człowieka. Jeśli coś jest w stanie wybić nas z codziennego egocentryzmu, przekonania, że „moje musi być na wierzchu!”, to właśnie to doświadczenie. W mojej branży, szkoleniach, trzeba być wyczulonym na potrzeby drugiej osoby.

A każda matka tę umiejętność trenowała miesiącami. Po prostu umie czytać ludzi, jest mistrzynią komunikacji niewerbalnej. Potrafi za okrągłymi zdaniami, którymi często raczą ją współpracownicy, szefowie, klienci, dostrzec ich prawdziwe potrzeby. Niewielu mężczyzn to umie – dlatego niektóre branże są zdominowane przez kobiety, często matki. Doradztwo personalne, zarządzanie zasobami ludzkimi, kreowanie wizerunku...

TS: Co jeszcze?

AC: Asertywność. Gdy kobieta zachodzi w ciążę, orientuje się, że nagle jej ciało, jej dziecko, sta- ją się własnością publiczną. Wszyscy się na te tematy wypowiadają. Do pewnego momentu słuchamy tych opinii i rad z pokorą, choć przecież w głębi duszy każda z nas wie, czego sama potrzebuje, czego potrzebuje jej dziecko.

Przychodzi jednak moment, kiedy mówimy: stop! Dosyć, to ja jestem matką, ja decyduję. Dla wielu kobiet to pierwsza sytuacja w ich życiu, że „stawiają się” autorytetom. Nabierają wtedy przekonania o własnej sile. Zaczynają ufać swoim wyborom, intuicji.

TS: Czyli asertywność, wiara w siebie, umiejętność stawiania granic. Jeszcze czegoś może nas nauczyć macierzyństwo?

AC: Współpracy. Kapryszącego klienta można zbyć, nieznośnego współpracownika zmienić. A trudne dziecko? Matka nie ucieknie od syna, który jest wybredny i płaczliwy. Od upartej córki. Musi nauczyć się negocjować, być konsekwentna, umieć przekonać małego człowieka do jakiegoś działania. To z kolei wymaga krea- tywności. Dziecko nie chce założyć czerwonej czapki? Może spodoba mu się niebieska. Albo taka, która udaje rysia z uszami. Można wy- myślić tysiąc sposobów, by skłonić dziecko do noszenia czapki. Dokładnie takie zadania stawiane są uczestnikom treningów twórczego myślenia! A matka ma te ćwiczenia codziennie. Uczy się więc myślenia „out of the box”, nowego podejścia do rozwiązywania problemów.

TS: Matki powtarzają też, że dzięki dzieciom lepiej organizują swój czas, potrafią robić wiele rzeczy naraz. Prawda?

AC: Tak. I jest coś jeszcze, co rzadziej zauważamy: zdolność zarządzania trudnymi emocjami. Pracowałam z kobietą, której dziecku postawiono diagnozę nowotworu. W tym samym czasie dostała awans: została dyrektorem odpowiedzialnym za fuzję spółek. Musiała podjąć wiele niepopularnych decyzji. Ludzie wciąż pytali: „Słuchaj, ty się nie boisz?

Przecież to ogromne ryzyko, a jak się nie uda?”. A ona myślała: „Ryzyko jest wtedy, kiedy może umrzeć twoje dziecko i musisz się szybko zdecydować, czy skorzystać z porad tego, czy tamtego profesora. Fuzja to tylko fuzja”. Dzięki opanowaniu potrafiła słusznie wybierać, logicznie, na zimno decydować. Dziecko zmienia perspektywę. I, wbrew pozorom, to bardzo pomaga w pracy! Im mniej bowiem angażujemy się w nią emocjonalnie, im mniej w nas lęku, frustracji, złości, chęci dowiedzenia innym, że mamy rację, tym lepiej.

TS: Tych nowych umiejętności jest całkiem sporo! Ale jak przekonać pracodawcę, że aż tyle się nauczyłyśmy przy dziecku?

AC: Najlepiej działać tak, by nie trzeba go było przekonywać. Są kobiety, które w trakcie urlopu macierzyńskiego pragną zaszyć się w domu. Wiele mogłoby utrzymywać kontakt z firmą. Poprosić szefa, by na czas urlopu wyznaczył pracownika, który będzie „oficerem łącznikowym”: zadzwoni co kilka tygodni, opowie, co słychać,. Trzymać rękę na pulsie: czytać serwisy branżowe, książki, uczyć się języka, obsługi komputera.

TS: A jeśli zamierzamy po kilku latach urlopu wychowawczego poszukać nowej pracy?

AC: Wiem od pracujących matek, że po tym, jak przez kilka czy kilkanaście miesięcy były z dzieckiem w domu, nabrały przekonania, że ich wartość jako pracowników spadła. Nie ma więc sensu szukać fajnej pracy – przecież i tak są bez szans, mają „lukę w życiorysie”. To negatywne przekonanie działa jak samospełniające się proroctwo, podstawia nogę, nie pozwala znaleźć dobrej pracy. Jeżeli w siebie nie wierzę, mówię ciszej, mniej pewnie, nie składam papierów do dobrych firm, bo po co, i tak mnie nie przyjmą.

Dlatego czasami warto zaczepić się gdzieś na kilka miesięcy na zasadzie stażu czy wolontariatu, by odbudować dobry obraz samej siebie. I mieć o czym opowiadać na rozmowie kwalifikacyjnej. Albo skorzystać z pomocy coacha.

TS: A może dobrze byłoby szukać nowej pracy w firmach kierowanych przez kobiety, które same są mamami?

AC: Może. Ale pamiętajmy: szefowa, która ma też dzieci, jest często wymagająca. W szkole jest wywiadówka? Ok, rozumiem: nie zrobisz raportu do 16, ale przyślesz mi go mailem o 20. Ona sama by tak zrobiła. Ciąża i macierzyństwo nie są chorobą. Mamy zawodowcy udowadniają, że nie potrzebują w pracy taryfy ulgowej.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska, psycholog

Dr Aneta Chybicka jest coachem i dyrektorem merytorycznym firmy szkoleniowo-doradczej Instytut Miasta. Mama trzech synów. Wraz z Elżbietą Zubrzycką napisała książkę Siła kobiet w biznesie. Czego możesz się nauczyć od dziesięciu kobiet sukcesu. W pierwszej części można przeczytać wywiady z ośmioma znanymi bizneswomen. Prawie wszystkie są matkami.

Więcej na temat:sia\ | Ola | urlop macierzyński | urlop | Co? | pracy | macierzyński

Zobacz również

  • Synowa jest na urlopie rodzicielskim, ale zamierza wrócić do pracy na pół etatu. Czy to prawda, że może pracować, nie rezygnując z urlopu? – pyta Ewa z Tomaszowa Lubelskiego. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.